Liv

Hobby

Domostwo

Wierszowanki

Księga gości

Umieszczenie na tej stronie poniższych opowiadań jest wyrazem nagłej a spontanicznej i raczej nieuzasadnionej chęci pokazania światu fragmentu mej grafomaństwem nieco tchnącej twórczości. Twórczości, dodajmy, sprzed lat, ponieważ obecnie raczej brak mi czasu na tworzenie. Zawsze lubiłam pisać dla samego oddawania się tej czynności - pisałam głównie dla przyjaciół i "do szuflady", i nie zależało mi na publikacji czegokolwiek szerszemu gronu czytelników (choć mogę się pochwalić, że parę razy wydrukowano moje teksty i nawet zapłacono wierszówkę!). Ale - może się to komuś spodoba ;-)

 

Zemsta raków
Nie te oczy
Jak rybaczka Aneczka złowiła złotego rybka

 

oraz coś dla starych znajomych (nieco hermetyczne...):
Impreza z Badkiem A.D. 1996

 

 

Zemsta raków

Ze specjalną dedykacją
dla I turnusu JasiekSurf 2001

   Słońce schowało się już za horyzontem, a mgła biała jak mleko powoli zaczęła rozściełać się ponad taflą jeziora Narie. Brygada poławiaczy raków w osobach Jaśka, Bebeta, Dmocha i Małysza, odziana w powszechnie używane przez surferów pianki, wyruszyła na polowanie. Każdy z poławiaczy dzierżył w dłoni rozszczepiony na końcu kijek, a dwaj z nich, zwolennicy teorii iż raki idą do światła – w przeciwieństwie do negujących rzeczoną teorię – nieśli również latarki. Bebeto trzymał wiadro.
   Część uczestników obozu windsurfingowego (w tej liczbie i ja) siedziała na pomoście przyglądając się brodzącym po kolana w wodzie polującym. Ich sylwetki powleczone specyficznym czarnym ubiorem, rozmyte przez mgłę sprawiały dosyć niesamowite wrażenie. Pierwszego raka złowił Małysz.
   – Chodź do mnie malutki – nawoływał – No, chodź do tatusia... Mam! – wykrzyknął w końcu i złapany rak znalazł swoje miejsce w wiadrze.
   – O, kurwa! – zaklął bełkotliwie Dmochu, tradycyjnie będący już zapewne po kilkunastu piwach – Zwiał mi!
   Na pomost wszedł Krzyś. Przykucnął i zaczął wpatrywać się w wodę. Namierzenie raka zakomunikował nam radosnym i podekscytowanym głosem, wychwalając przy tym jego wielkość, piękność i dorodność. A następnie udał się na poszukiwanie odpowiedniej żerdzi, zdatnej do wydobycia okazu.
   Poławiacze tymczasem powoli rozpływali się we mgle tudzież w trzcinach okalających brzegi pobliskiej zatoczki. Po chwili słychać było tylko ich przyciszone rozmowy, a niekiedy głośniejsze przekleństwo Dmocha.
   Krzyś wrócił z rozwidlonym patykiem i nie bez trudu schwytał upatrzonego wcześniej raka, potem kolejnego i jeszcze jednego. Wszystkie wylądowały w garnku stojącym na pomoście. Przyglądaliśmy się tym zdobyczom w milczeniu, niektórzy z litością, tak jak ja i Agnieszka, niektórzy z ciekawością, niektórzy obojętnie, podczas gdy Krzyś grzebiąc kijkiem pod pomostem i starając się wzrokiem przebić panujący w odmętach mrok nie zaprzestawał polowania.
   Księżyc zniknął za chmurami, wynikiem czego okolice jeziora spowiła głębsza jeszcze ciemność. Nagle z okolic zatoki, w którą zawędrowali poławiacze dał się słyszeć głośny plusk przy wtórze dzikiego okrzyku.
   – Ktoś się skąpał – zawyrokował Krzyś.
   Już po chwili jednak usłyszeliśmy kolejne wrzaski i odgłosy szamotaniny. Coś chlupało i telepało się wśród trzcin.
   Pierwszy z zatoczki chwiejnym i spowolnionym przez wodę krokiem wybiegł Dmochu. Włosy miał rozwiane, twarz przerażoną, bezładnie wymachiwał rękami i trzymanym wciąż w jednej z nich patykiem.
   – Raki! – ryknął – Uciekajcie!
   Spojrzeliśmy po sobie niewiele rozumiejąc. Sądzę, że wszystkim przez głowy przeszła ta sama myśl – Dmochowi alkohol wyżarł już wszystkie szare komórki i gość całkiem oszalał. Tuż za nim jednak zza trzcin wytoczył się Małysz, a na końcu Bebeto i Jasiek. Wszyscy rozpaczliwie podskakiwali i darli się przeraźliwie. A dalej, przy towarzyszeniu głuchego szczęku szczypiec, postępowało kilka ogromnych stworzeń...
   – O, kurwa, raki atakują – powiedział wolno Krzyś, szesnastolatek, który na tym obozie nauczył się przeklinać, i pierwszy rzucił się do ucieczki. Nie zastanawiając się wiele, zerwaliśmy się z pomostu i pobiegliśmy śladem Krzysia. Pośród ostrzeżeń i nawoływań reszty ludzi z obozu słyszeliśmy za sobą jęki i krzyki poławiaczy. Doganiali nas, na szczęście żaden z raków ich nie dopadł. Uciekaliśmy całą gromadą, byle dalej od jeziora; za nami postępowały wielkie złowieszcze cienie, a szczęk szczypiec okrutnie raził nasze uszy...
   – Kurwa! – wyrwał mnie nagle ze snu charakterystyczny głos Dmocha – Hehehe, zaraz rozwalę tego czarnucha!
   Jak łatwo można się domyślić, Dmochu otwierał właśnie kolejne piwo, Okocim mocny w puszce, który zwykł był metodycznie wlewać w siebie od rana do ciemnej nocy, a niekiedy i do bladego świtu. Siedzieliśmy przy ognisku, a ja wygodnie rozłożona na leżaku musiałam się zdrzemnąć. Towarzystwo było bardzo rozbawione, Jasiek znów opowiadał jakieś „dżouki”, które zapewne wszyscy słyszeli już co najmniej kilka razy. Raki, które łapali dziś chłopcy nieprzyjemnie skwierczały w wodzie gotującej się na palniku butli gazowej. Ogień płonął wesolutko, a ku granatowemu niebu uciekały iskry, zupełnie jakby chciały połączyć się z gwiazdami. Nagle wschodzący nad jeziorem księżyc przesłonił jakiś dziwny cień. Źródło owego cienia wynurzyło się z wody...

Warszawa, 20 lipca 2001

Nie te oczy

Dla R.S.
(z podziękowaniem za inspirację)

   Czy jego oczy mogły kłamać? Najwidoczniej były do tego zdolne. Bo to, co widział wokół siebie, sprawiało wrażenie jednego wielkiego oszustwa.
   Po delikatnym wynurzeniu się z krainy bezsensownych sennych majaków uchylił lekko powieki, dostrzegając mlecznobiałą mgłę rozściełającą się ponad powierzchnią podłogi i brązowego dywanu... brązowego? Wszak dywan zwykł być zielony...! Przetarł zaspane ślepia, otworzył je szeroko w najszczerszym zdumieniu, po czym przetarł raz jeszcze. Nic się nie zmieniło, tylko mgła jakby zrzedła. Niemniej zielony dywan wciąż raził brązem. A kontury stojącej przy ścianie szafy od wczoraj wyraźnie straciły na ostrości.
   Sięgnął ręką nocnego stolika, nerwowo macając po blacie w poszukiwaniu okularów. Po chwili przypomniał sobie, że nigdy ich nie nosił. Od dziecka miał świetny wzrok, który z wiekiem wcale się nie pogarszał. Patrząc na wiszący nad łóżkiem rozmyty pejzaż, pióra wybitnego artysty, postawił diagnozę – jakieś minus trzy dioptrie. Z przerażeniem skonstatował, że ślepnie.
   Usiadł na łóżku i głęboko się zamyślił. Co on wczoraj pił, do diabła?! Faktycznie, gość był Ukraińcem, ale przecież nie raczyli się żadnym podejrzanym trunkiem! Ot, poszedł do knajpy, przy barze poznał sąsiada ze wschodu... i wypili razem kilka kolejek. Zwykłej wódki, serwowanej przez barmana! No, może kilkanaście kolejek. Nie żeby czegoś nie pamiętał, po prostu stracił rachubę.
   Ponuro zapatrzył się w okno. Bezchmurne niebo również miało jakąś niezwykłą barwę. Kolor zmieniła pościel, lampa wisząca u sufitu i serwetka na stoliku. Nowy wystrój wcale mu się nie podobał. A zanim poszedł spać, wszystko było chyba w porządku... a może nie? Pamięć jednak płatała mu figle.
   Ukrainiec był sympatycznym właścicielem hurtowni. Nosił okulary o grubych szkłach i opowiadał historyjkę o tym, ile stracił na pewnym zamówieniu, nie dostarczywszy na czas klientowi odpowiedniego towaru. Był daltonistą i pomylił kolory. Zaraz... Minus trzy dioptrie? Brązowy dywan? Skojarzenie samo się nasunęło... czy ludzie mogli wymieniać się oczami? Wiadomo, że jak kto pijany, to do różnych dziwnych rzeczy zdolny...
   Musiał go odszukać! Ale jak? Nie pamiętał nawet jego imienia... Czy coś takiego w ogóle było możliwe? Zerwał się z łóżka, drżącą dłonią chwycił spodnie leżące na krześle i szybko je założył. Stukając po podłodze bosymi piętami pobiegł do lustra w łazience. Stanął nad umywalką i zbliżył do niego twarz.
   Były duże i jasnoniebieskie. Wcale nie pasowały do reszty twarzy. Jego własne, ciemne, pełne uroku gdzieś znikły... przypuszczał, że teraz patrzył nimi na świat bezimienny Ukrainiec. Jak on go znajdzie?! Wyskoczył z łazienki, obijając się o framugę drzwi, i zaklął. Wszystko było nieostre i rozmazane. Wpadł w panikę.
   Krzyknął. Otworzył oczy, usiadł na łóżku i nerwowo rozejrzał się po pokoju. Zakręciło mu się w głowie, chyba był jeszcze pijany. Ale wszystko wydawało się pozostawać w jak najlepszym porządku. Dywan spokojnie zielenił się na podłodze. Każdy przedmiot kłuł wyrazistością szczegółów. Oczy piekły i szczypały, pewnie z niewyspania, czuł jednak, że należą do niego. Koszmarny sen odszedł w zapomnienie. Tylko przez długi jeszcze czas, kiedy budził się skacowany w niedzielny poranek, rozglądał się wokół ze strachem, sprawdzając czy poprzedniego wieczoru przypadkowo nie wymienił się z kimś oczami...

Warszawa, 11 grudnia 2001

Jak rybaczka Aneczka złowiła złotego rybka

Dla Goldilox :-)

   W pewnej nadmorskiej wiosce, w otoczeniu licznej rodziny, mieszkała sobie kiedyś dziewczyna nosząca wdzięczne imię Anna, a zdrobniale zwana Aneczką. Panna owa młódką była, nieledwie ze dwadzieścia wiosenek mającą, acz niezwyczajną jak na wiejską dziewuchę inteligencją i bystrością się odznaczała. A i urody matka Natura jej nie poskąpiła, pięknym, smukłym i gibkim ciałkiem obdarzając, oczętami w kolorze czystego błękitu, włosami jasnymi, gęstymi a mocnymi. Tedy nie dość że dziewczę było niegłupie, to jeszcze ładnie wyglądało.
   Aneczka już od wczesnego dziecięctwa umysł otwarty miała, wiedzę pochłaniała niby gąbka, uczyć się lubiła, książki przeróżne czytać, łamigłówki rozwiązywać. Kształcić się chciała na nauczycielkę, ale plany jej spaliły na panewce, albowiem kiedy lat piętnaście miała ojciec jej w morze na połów samotnie wypłynął i nigdy już nie powrócił. Matula Aneczki wierzyła – bo tak lekcej było – że mąż jej nieboraczek utonął, niemniej po wsi słuchy jakoweś chodziły, iż tatko widziany był (i to kilka razy) w ościennym nadmorskim miasteczku, w ramionach tej czy innej portowej dziwki.
   W każdym razie po zniknięciu głowy rodziny na Aneczki barkach właśnie ciężar większości tatowych obowiązków spoczął, jako że najstarsza i najrozumniejsza była. Matczysko wciąż na choroby różnorakie się uskarżało, tak że po pewnym czasie na zdrowiu podupadło całkowicie. A rodzeństwa gromadka ledwo sama o siebie zadbać potrafiła, jako że był to drobiazg nieletni i na domiar złego rozumem nie grzeszył.
   I tak upływały dni Aneczce na strawy warzeniu, sprzątaniu, uprawianiu ogródka, zwierząt domowych oporządzaniu, ryb połowach i na pomaganiu przygłupiemu rodzeństwu w odrabianiu prac domowych, co to je bakalarstwo w szkole elementarnej zadawało.
   Dnia pewnego o bladym świcie wybrała się dziewczyna nad morze i łódź rybacką narychtowawszy na połów wyruszyła. Poranek był ciepły i słoneczny, spokojne morze mieniło się różnymi odcieniami turkusu. Aneczka z zatoki wypłynęła, sieci zarzuciła i obnażywszy się nieskromnie – bez obaw nijakich, bo wokół ludzi nie było – na promienie słonka osobę swą wystawiła, w ulubionej lekturze (o tematyce fantastyczno-naukowej) się pogrążając. Fale leniwie pochlupywały o burty łodzi, mewy skrzeczały złośliwie, a nasze piękne dziewczę bez koszuli i spódnicy na rufie siedząc, w samych ino majteczkach, trochę czytało, a trochę marzyło popatrując sobie na nieboskłon. Istna sielanka.
   Nagle, w samym środku owego otępiającego błogostanu, fala wysoka w łódkę chlupnęła wyjątkowo mocno, aż krople słonej morskiej wody na delikatnej skórze Aneczki się osadziły, co z kolei pisk jej cienki a przenikliwy spowodowało. Łódź zachybotała się, zatrzęsła, a w zarzuconej sieci coś się zaczęło gwałtownie i wściekle szarpać.
   Zaciekawiona panienka wychyliła się przez burtę i wzrokiem przenikliwym odmętów mrok próbując przebić, równowagę nagle utraciła, co skończyło się kolejnymi piskami tudzież rozpaczliwym wymachiwaniem rączkami o smukłych i rozczapierzonych w tej chwili paluszkach. W obliczu tej klęski sromotnej postanowiła Aneczka sieć wyciągnąć i tym sposobem dowiedzieć się co się tam w środku tak delirycznie telepie. Suponowała iż jest to ryba sporych rozmiarów, bądź też inszy jakowyś stwór morski. Na wypadek gdyby ów okazać się miał niebezpiecznym, po nóż sięgnęła i pomiędzy ząbkami go umieściwszy, sieć wydobywać poczęła zdecydowanymi i sprawnymi ruchy.
   Niebieskim oczkom Aneczki ukazało się najsampierw trochę drobnicy zwyczajowej pod postacią małych rybek, potem jakaś butelka (po winie chyba), resztki buta (który za lepszych czasów mógł być czerwonym kaloszkiem)... a na samiutkim końcu ujrzała Aneczka niezwykle dużą, silną i piękną Rybę. Dziewczyna długo się nie zastanawiając, nóż z zębów precz wypluwszy, drobnicę wraz z siecią w kąt byle jak ciepła, nie trudząc się nawet szkła i obuwia wyplątywaniem, i schwyciła w swe rączęta rzucającą się Rybkę, co by się onej lepiej przyjrzeć, przy czym dało się zauważyć pewną prawidłowość, mianowicie im dłużej patrzyła, tym szerzej różane usteczka rozdziawiała (co uroku jej bynajmniej nie dodawało).
   Trzeba jednak przyznać, iż było się czemu przyglądać, albowiem Rybka złotem żywym w słońca promieniach błyszczała. Oczy miała zielone, ogon i płetwy srebrne, a grzbiet łuską drobną koloru złotego pokryty. Aneczka wzroku od tego dziwu oderwać nie mogła napawając się jego pięknem, choć będąc dziewczęciem rozumnym i sprytnym już sobie kalkulacje różnorakie przeprowadzać poczęła na temat tego, co z Rybką zrobi i jakie korzyści z jej wyłowienia odniesie. Pierwszą, najprostszą myślą jaka jej umysł nawiedziła, była koncepcja usmażenia Rybki na kolację... starczyłoby dla całej rodzinki. Przy kolejnej myśli oczami wyobraźni ujrzała siebie na targu, sprzedającą Rybkę za niezłą sumkę... toż to musi niemałą mieć wartość! A następnie Aneczka przypomniała sobie pewną znaną bajkę, w której mowa była o tym, że złote rybki spełniają życzenia tych, którym poszczęści się je w sieci złapać. Wobec owego faktu Aneczka ozwała się w te słowa:
   - Dzień dobry, złota rybko! Czy jesteś w stanie spełnić moje trzy życzenia?
   - No co za głupia dziewucha, w bajki wierzy! – mruknęła Rybka cicho, tak żeby Aneczka przypadkiem nie usłyszała – Niestety nie! – odrzekła nieco głośniej.
   - Dlaczego? – zdziwiła się Aneczka – Wolisz dokonać żywota na patelni? Czy też wypchaną zostać tworzywem do tego celu się nadającym, przez tego któremu cię sprzedam, i za ozdobę służyć?
   Blady strach o wielkich oczach padł w tym momencie na złotego kręgowca, który własnym uszom uwierzyć nie mógł (zapytacie pewnie czy ryby mają uszy... a ja wam odpowiem, że tak, ta akurat miała!). Nad okrucieństwem tego niedobrego świata, a zwłaszcza jasnowłosych cycatych piękności kręgowiec się przez chwilę zamyślił, ale nie czas to był na refleksje, trza było działać i tyłek ratować! Wobec czego Rybka zrobiła smutną minkę i żałośnie spojrzała na Aneczkę zielonymi oczyskami.
   - Bo ja nie jestem prawdziwą złotą rybką – wyjaśniła – Gwoli ścisłości, jestem rybkiem. Rodzaj męski. A ongi, dasz wiarę, człowiekiem byłem... żeglarzem, co pół świata zjechał – Rybek westchnął i tęskno mu się za dawnymi czasami zrobiło, w wyniku czego przybrał ton żałosno-sentymentalny, a w jego głosie nutki nostalgii pobrzmiewać poczęły – Po morzach żeglowałem na dumnych okrętach, ze sztormami walczyłem, w portach na gitarze pobrzdąkując i skoczne piosenki nucąc rum piłem, i dziewki obłapia... – tu Rybek urwał nagle, doszedłszy do wniosku, że taka szczerość nie zawsze się opłaca.
   - To co z tymi dziewkami? – Aneczka spojrzała na Rybka podejrzliwie.
   - Noo, panny w portach lubiły ze mną tańcować, bo im nóżek nie deptałem, jak te inne gbury – wyjaśnił Rybek.
   Dziewczyna smutek nagle poczuła i żal ją jakiś za serce schwycił... szkoda tego biedaka! Zapytała jak to się stało, że w rybę przemieniony był został i czy uroku nie da się w ten czy inny sposób odczynić, na co Rybek nie wdając się w szczegóły opowiedział jak to razu pewnego podpadł znajomej białogłowie, której matka czarami się parała. A sposób na zaklęcia odwrócenie niby jest, jak słyszał, ino nie wiadomo czy skuteczny. Otóż – panna, a dokładniej dziewica musi ponoć Rybka w pyszczek pocałować i tym samym do właściwej postaci przywrócić.
   Aneczka uważnie Rybka wysłuchawszy, ponownie kalkulować poczęła i rozważać ewentualne korzyści tudzież grożące niebezpieczeństwa. Całować Rybka to w sumie żadna przyjemność; mokry, oślizgły, oczęta choć w pięknym kolorze, to wyłupiaste nad wyraz, a pyszczek odrazę wprost budzący... ale może gra warta świeczki! Chłop by się w domostwie przydał, w gospodarce pomógł, drobiazg męską ręką w ryzach przytrzymał. Matuś na pewno kontenta by była, toż to czas najwyższy za mąż iść Aneczce... A te chłopaki wioskowe to przygłupawe dziwadła, pogadać z nimi nie idzie – co najwyżej o sporcie – ten tu natomiast wrażenie inteligentnego sprawia. Nawet gdyby po metamorfozie niezbyt przystojnym się okazał, to i tak niechybnie bardziej urodziwy od tych ze wsi będzie, bo wśród wioskowych każden jeden z defektem urody jakowymś się obnosi – ten z nosem złamanym, tamten bez przedniego zęba, inny jeszcze zezowaty albo kulawy...
   Wszystko to sobie przemyślawszy naprędce, Aneczka oznajmiła Rybkowi, że jest gotowa go pocałować. Rybek zarechotał histerycznie i wyrzęził:
   - Dziewica, rzekłem, dziewica!
   Aneczka oniemiała na te słowa, które odebrała jako afront o mocy siarczystego policzka, bo porządną wszak dziewczyną była i cnotliwą wielce osóbką. Rybek dostrzegłszy ów niemy wyrzut i żal w jej błękitnych oczętach, skonstatował że gafę musiał niemałą strzelić i despekt dziewczęciu uczynić. Choć spoglądając na jej wciąż obnażone jędrne piersi, smukłą kibić i piękną delikatną twarzyczkę, uwierzyć wprost nie mógł, że dziewucha jeszcze nie tknięta. Nieświadomie oblizał się lubieżnie (zapytacie czy ryby mają języki – owszem, ta miała język!), wypowiedział dosyć wyszukane słowa przeprosin i nadstawił pyszczek.
   Niewiele myśląc i chcąc mieć to już za sobą, Aneczka mocnym i gorącym buziakiem Rybka obdarzyła... i stał się cud! Przed zdumionym dziewczątkiem, które teraz w pośpiechu niesłychanym wdzięki swoje kiecką zasłonić próbowało, stanął młody mężczyzna. Ciemnowłosy, zielonooki, ogorzały od słońca i wiatru, wspaniale zbudowany... i całkiem nagi. Tak więc kiedy Aneczka uporawszy się z ukryciem biustu zdała sobie sprawę z bezwstydnej nagości Rybka, czym prędzej zakryła również oczy.
   Rybek zaśmiał się niegłośno a miło i dźwięcznie, po czym pled jakiś pod burtą leżący w silne dłonie chwycił i opatulił się nim szczelnie, nie chcąc dziewczęcia płoszyć ni konfundować. Potem za rączkę ją delikatnie ujął i grzecznie się przedstawił – a nosił imię Remigiusz.
   I tak okutani – ona w kieckę, a on w koc, co w wiosłowaniu wcale zresztą nie pomagało – do brzegu przybili i prosto do chaty Aneczki się udali. Dziewczyna ubrała Remigiusza w znalezione gdziesik na dnie szafy kurzem zaimpregnowane tatowe odzienie, nakarmiła (a gotować umiała nieziemsko!) i po posiłku odpocząć mu przykazała. Matula jej (i takoż cały drobiazg) nadziwić się wprost nie mogła, skąd ta jej panna takiego miłego, sympatycznego i przystojnego chłopca wytrzasnęła, niemniej od razu podbił jej serce swoją osobowością, inteligencją i wygadaniem. Zaprawdę, czarującym był młodzieńcem! A i pracowitym po pewnym czasie się okazał, zmyślnym i pomysłowym. Dziury w dachu załatał, okna uszczelnił, płot pomalował i furtkę naprawił, wodę do kuchni podprowadził, tak że nie trzeba już było z wiadrem do pompy na podwórzu latać. I drobiazg za nim przepadał, bo Remigiusz z dzieciaczkami się bawił i w nauce pomagał. Jednym słowem - złoty chłopak.
   Teraz, drodzy czytelnicy, wypadałoby bajkę niniejszą zakończyć słowami „i żyli długo, i szczęśliwie”. Uczciwa kronikarska natura jednak nie pozwala mi na to. Jeśli tedy pozostać chcecie przy tym równie miłym co nieprawdziwym zakończeniu – nie czytajcie dłużej. Lecz ja opisać ciąg dalszy muszę i nie miejcie mi tego za złe.
   Minęło trochę czasu zanim Aneczka cnotę Remigiuszowi oddała, niemniej w końcu do tego doszło. Oświadczyć się jej jednakowoż nie chciał, bo powiadał że nie zależy mu na legalizacji ich związku. Zaczął też coraz rzadziej przebywać w przytulnym i miłym domostwie, i w obejściu, a częściej wyprawiał się do knajpy w wiosce i gdy tylko okazja się nadarzyła zaszczycał swą obecnością zabawy w remizie, gdzie chlał ile wlazło i głupie wioskowe dziewki obłapiał (a przy odrobinie szczęścia i na pięterko udawało mu się z którąś skoczyć). Odwiedzał też miejscowych bimbrowników i po melinach się włóczył w poszukiwaniu najtańszego spirytusu z przemytu. Dopóty, dopóki nie odkrył razu pewnego - całkiem przypadkowo – wykopanej w ziemi koło szopy piwniczki, do której wpadł z impetem do domu kiedyś powracając chwiejnym krokiem w stanie wybitnie nietrzeźwym. W piwniczce znajdowały się przeogromne zapasy win wieloletnich przez przodków Aneczki pędzonych. Od tego momentu Remigiusz zwykł był zaszywać się w rzeczonej piwniczce, oznajmiając uprzednio wszem i wobec, że jest zmęczony i potrzebuje trochę świętego spokoju.
   W pewien słoneczny poniedziałek Remigiusz nagle zniknął. A wraz z nim – choć to niemożliwym się wydaje z racji niesłychanych ilości – wszystkie beczki i butelki wina z piwniczki... oraz wóz i jeden z ogierów. Szukano, wołano, w obejściu, na wybrzeżu, w lesie, w wiosce po melinach... Remigiusza nie było. Jak kamień w wodę. Aneczka ręce załamywała, matula płakała, drobiazg dostał histerii. I nic. W tym samym czasie zniknęła też ponoć jedna z ładniejszych i czystszych wioskowych dziewuch, ale nie wiem tego na pewno, więc łączyć jednego z drugim nie będę. Zdradzę tylko, że jakiś rok później widziano Remigiusza w ościennym nadmorskim miasteczku w objęciach płomiennowłosej portowej dziwki.

Z tego taki morał – pamiętajcie dzieci!
Nie wszystko jest złotem, co jak złoto świeci ;-)...

Warszawa, 27 marca 2001


Wszelkie prawa zastrzeżone. Copyright © 2001-2015 by Liv